Pamiętam zapach niedzielnego rosołu i parę unoszącą się nad wazą. Właśnie dostałam się na studia, miałam głowę pełną górnolotnych idei i dłonie drżące z ekscytacji. Opowiadałam o tym, jak HR po raz pierwszy stał się dla mnie ważny – całą sobą wierzyłam w misję tego zawodu. W mądrą strukturę procesów, która zmienia ludzki potencjał w twardy wynik firmy. I wtedy to się stało. Głośny, gardłowy śmiech cioci, który przeciął powietrze jak nóż. „Zarządzanie zasobami ludzkimi?” – zapytała, wycierając usta serwetką. „Dziecko, to nie jest prawdziwa praca. To tylko ładna nazwa na brak konkretnego zawodu”.